W dzieciństwie (nie tak dawno, jakby kto pytał) raczej nie wyjeżdżałem za granicę. Było to jednak tak dawno, że Internet nie był powszechnym sposobem komunikowania się. Nie miałem więc zbyt wielu okazji sprawdzenia mojej wyniesionej ze szkoły znajomości języka angielskiego. Język obcy ćwiczyłem więc „na sucho”, aż do momentu gdy na wakacjach spotkałem pewnego Szwajcara-poliglotę. Hans mówił biegle po niemiecku (jak to Szwajcar) i francusku (mieszkał w części francuskojęzycznej), oraz nieźle po włosku. Umiał się również porozumieć w języku retoromańskim – właśnie wtedy dowiedziałem się, że „coś” takiego istnieje.

 

Próbowaliśmy z Hansem rozmawiać w każdym z tych języków jednak z uwagi na fakt, że rozszerzony kurs języka angielskiego, na który wówczas chodziłem, służył nauce języka angielskiego i żadnego innego, nasze rozmowy wyglądały dość zabawnie. Byłem wtedy bardzo idealistycznie nastawiony do rzeczywistości i nie chciałem się pogodzić z tym, że pierwszy napotkany obcokrajowiec  – z którym miałem okazję dłużej konwersować – nie zna angielskiego. Próbowaliśmy więc (Hans przyłączył się do zabawy) rozmawiać na różne tematy: od sytuacji gospodarczej w Polsce i Szwajcarii, do parametrów technicznych wspaniałego volkswagena, którym Hans przemierzał kręte drogi w Beskidach. Ja wygłaszałem długie najeżone błędami tyrady angielskie, na które Hans odpowiadał zwykle po francusku, że wszystko rozumie, bo „francuski jest taki podobny” lub tylko zamaszyście kiwał głową (też bardzo po francusku).

 

Po powrocie z wakacji postanowiłem uczyć się języka francuskiego. Niestety wynalazek o nazwie skype jeszcze nie istniał, kułem więc słówka i subżąktiwy w najzwyklejszej warszawskiej szkole – z umiarkowanym skutkiem. Mimo to francuski jest moim ulubionym, jeszcze nienauczonym językiem i mam nadzieję, że do niego wrócę. W końcu każdy może być poliglotą…

 

A Wam zdarzyły się takie sytuacje, że trzeba było się dogadać mimo braku “wspólnego języka”?

 

Chcesz się dowiedzieć więcej?

Zgłoś się do nas na zajęcia! 🙂